Jest na Atlantyku takie miejsce, które przyprawia niektórych o gęsią skórkę. To obszar pomiędzy Florydą, Bermudami a Portoryko o charakterystycznym kształcie. Oczywiście chodzi o Trójkąt Bermudzki – miejsce niewyjaśnionych zaginięć wielu statków i samolotów.

Choć nazwa tajemniczego zakątka oceanu przylgnęła doń dopiero w XX w., katastrofy o niewyjaśnionych przyczynach zdarzały się tam od początku istnienia żeglugi dalekomorskiej. Jedni marynarze woleli omijać to miejsce szerokim łukiem, inni nie wierzyli w legendy i płynęli tamtędy bez strachu. Zwykle udawało im się dotrzeć do celu, ale czasem zdarzało się, że słuch o nich zaginął. Rozwój technologii komunikacyjnej nie pomógł w rozwikłaniu zagadki – łączność z niektórymi jednostkami w pewnym momencie urywała się, zanim nadeszły jakiekolwiek niepokojące wieści ze statków czy samolotów.

Naukowcy mieli kilka ciekawych teorii an ten temat. Wielu przypisywało zaginięcia w Trójkącie Bermudzkim działalności kosmitów, ale jak na razie nie udało się z żadnym porozumieć, by zweryfikować tę hipotezę. Inni wolą pozostawić temat niewyjaśnionym, gdyż uważają cały obszar za opanowany przez zjawiska paranormalne, których i tak nie da się zbadać pod kątem naukowym.

Obiecującym wyjaśnieniem zagadki były rzekome zawirowania magnetyczne na tamtym obszarze, które mogły w pechowych jednostkach zmylić systemy nawigacyjne. „Niestety” po wnikliwych i długich badaniach okazało się, że Trójkąt Bermudzki, jak mało który obszar, ma wprost wyborne warunki do nawigacji i nic nie zaburza tam pracy kompasu.

Na dużych morskich przestrzeniach zdarza się niezwykłe zjawisko tzw. fenomenalnych fal. To pojedyncza, ogromna fala, powstająca nie wiadomo jak, kiedy i gdzie, która przemierza spokojny ocean i sieje na nim spustoszenie. Może mieć kilkadziesiąt metrów wysokości. Do dziś nie zbadano szczegółów na temat jej powstawania. Mogła być przyczyną zatonięcia wielu statków, także tych w Trójkącie Bermudzkim, ale nie dosięgłaby przecież równie często ginących tam samolotów.

Najbardziej akceptowalną teorią jest ta ogłoszona kilka lat temu przez badaczy… Syberii. Na rosyjskich ziemiach odnaleźli oni ogromne leje w ziemi i po badaniach stwierdzili, że powstały one na skutek uwolnienia się wielkich bąbli metanu spod powierzchni ziemi. Od dawna wiadomo, że w rejonie Trójkąta Bermudzkiego w dnie morskim znajdują się ogromne złoża tego gazu, który jest lżejszy od powietrza, a co dopiero wody. Może więc dochodzić do uwalniania się wielkich chmur metanu i wypływania ich na powierzchnię w postaci bańki o średnicy nawet kilkudziesięciu metrów. Jeśli statek znajdzie się akurat nad takim bąblem, zatonięcie murowane – po prostu z miejsca zapadnie się pod wodę. Metan jako wybuchowy gaz może też doprowadzić do eksplozji w silniku przelatującego samolotu, jeśli znajdzie się on w pobliżu jego skupiska, którego przecież nie da się wykryć radarami, jest też niewidoczne dla ludzkiego oka. Większość szczegółów tej teorii zgadza się z obserwacjami morskich katastrof, ale kto wie, może za jakiś czas powstanie nowa hipoteza, która jeszcze bardziej przybliży nas do odkrycia zagadki zaginionych statków.